.:Daily Sport News:.

Polski Serwis o Tematyce Hokejowej. O Hokeju… z klasą!

Nazywano mnie łowcą bramek

Lipiec 12, 2010 Autor: Andrzej Kategoria: Rys Historii, Wywiady

DailySport.pl Rozmowa z Tadeuszem Obłojem, byłym zawodnikiem Baildonu Katowice (w latach 1963-1982) , Polonii Bytom (1982-1984), wielokrotnym reprezentantem Polski, ośmiokrotnym uczestnikiem mistrzostw świata, trzykrotnym olimpijczykiem, obecnie trenerem hokejowym w Niemczech.

 


Tadeusz Obłój (2008r.)

 
Janusz Bąkowski: W jakim wieku zacząłeś uprawiać hokej na lodzie?

Tadeusz Obłój: Tak się złożyło, że urodziłem się bardzo blisko lodowiska Torkat w Katowicach. Miałem do niego około 200 metrów. Można więc powiedzieć, że czułem bliskość hokeja już od najmłodszych lat. Do klubu Baildon Katowice wstąpiłem w wieku trzynastu lat, chociaż oficjalnie przyjmowano do niego dopiero od czternastego roku życia. Z tego powodu byłem niejako zmuszony do dokonania małej „poprawki” w legitymacji szkolnej. W tym klubie grałem 19 lat, aż do jego rozwiązania. Następnie 2 lata reprezentowałem Polonię Bytom. Przy końcu kariery zawodniczej występowałem jeszcze przez rok w Austrii w Vorwärts Steyer i przez 3 lata w Niemczech w Peiting, Pfronten i w Fürsenfeldbruck.
 
J.B.: Do którego z wymienionych przez Ciebie klubów czujesz największy sentyment i przywiązanie?

T.O.: Absolutnie bez żadnego wahania odpowiem, że był to Baildon Katowice, którego barwy, jak już wspomniałem, reprezentowałem nieprzerwanie przez 19 lat. Bardzo żałuję jednak, że z tym klubem nie udało mi się zdobyć ani razu tytułu mistrza Polski. Byliśmy cztery razy wicemistrzem kraju. U nas w drużynie było aż 11 reprezentantów Polski. Pomimo to, tytuł wymykał się nam z rąk często o przysłowiowe centymetry. Jedną z przyczyn tego stanu, moim zdaniem, był brak twardej ręki trenera.


Drużyna Baildonu Katowice (sezon 1970/1971)

 
J.B.: W ciągu swojej bardzo bogatej ligowej kariery grałeś na wielu polskich lodowiskach. Przed publicznością jakich miast grało Ci się najlepiej?

T.O.: Najmilej wspominam wyjazdy do Nowego Targu, Torunia i Bydgoszczy. Bardzo odpowiadała mi atmosfera na tych lodowiskach i świetna publiczność.
 
J.B.: Byłeś niezwykle bramkostrzelnym zawodnikiem. W polskiej lidze na przestrzeni dziewiętnastu sezonów rozegrałeś 565 meczów, zdobyłeś aż 450 bramek, co daje Ci wspaniałe trzecie miejsce w całej dotychczasowej historii. W roku 1975 zostałeś królem strzelców ligi. Komu lub czemu zawdzięczałeś tę wspaniałą skuteczność? Kolegom, z którymi grałeś w jednym ataku czy swoim indywidualnym predyspozycjom?

T.O.: Właśnie z tego powodu, że byłem bramkostrzelnym zawodnikiem, nazywano mnie łowcą bramek. Miałem instynkt, wiedziałem, gdzie się odpowiednio ustawić. Ale to nie wszystko. Miałem doskonałych współpartnerów, zarówno w klubie, jak i w reprezentacji. Do nich zaliczali się Karol Żurek, Jan Piecko, Leszek Tokarz, Mieczysław Jaskierski i Leszek Kokoszka. Bardzo dużo nauczyłem się od Włodka Komorskiego z warszawskiej Legii. Na końcu celowo wymieniam nieżyjącego już, przedwcześnie zmarłego, Felka Góralczyka z Baildonu Katowice. Był to wspaniały zawodnik, nieprzeciętny talent. Słynny radziecki trener Anatolij Tarasow chciał go koniecznie mieć w swoim składzie w bardzo silnym wówczas CSKA Moskwa. Wiadomo jednak, że o zgodę na taki wyjazd było wtedy bardzo trudno. Gdyby nie to, że na Mistrzostwach Świata w Bukareszcie w 1972 roku stracił w bardzo pechowy sposób oko, co zmusiło go do zakończenia kariery, to moim zdaniem miał szansę zostać najlepszym polskim hokeistą w historii tej dyscypliny sportu. Byłem świadkiem tego wypadku. Było to na 6 minut przed końcem meczu przeciwko Jugosławii, w którym prowadziliśmy. Oko Felka zostało całkowicie zdruzgotane przez łyżwę przeciwnika. Wyglądało to bardzo makabrycznie. Nie miał, niestety, chłopak szczęścia. Tak jak jego starszy brat Robert, wielokrotny reprezentant kraju. Będąc już trenerem, jechał w późnych godzinach wieczornych taksówką. Pijany przechodzień wpadł przez przednią szybę do środka samochodu, uszkadzając kolanem głowę Roberta. Winowajca złamał sobie tylko nogę, Robert w wyniku odniesionych obrażeń niestety zmarł.
Z toruńskiego Pomorzanina pochodził znakomity obrońca, niestety już świętej pamięci, Ludwik Czachowski. Grałem z nim w reprezentacji Polski, w jednej piątce przez 10 lat. Oprócz niego byli też w Toruniu inni znakomici zawodnicy, tacy jak Józef Stefaniak, Andrzej Żurawski, Józef Wiśniewski, Bogdan Wawrzyński, Waldemar Załadas, Ryszard Marach, Wiesław Karłowski i wielu innych. W Bydgoszczy grali z kolei tacy wspaniali hokeiści, jak Marian Feter, Piotr Cebula, Ryszard Gałęzewski czy Gieniu Nowak, który był królem strzelców ligi.
 
J.B.: Uczestniczyłeś aż w ośmiu turniejach mistrzostw świata. W 1978 roku w Belgradzie byłeś królem strzelców, zostałeś wybrany do zespołu gwiazd tych mistrzostw. Który z tych turniejów utkwił Ci najbardziej w pamięci?

T.O.: Mam tu lekki problem, bo takich mistrzostw było kilka. Spośród nich wymienię jednak na pierwszym miejscu turniej z 1975 roku rozgrywany w Niemczech. Był to chyba mój najlepszy sezon w całej karierze. W kraju zostałem bowiem królem strzelców, a na tych właśnie mistrzostwach też strzeliłem dużo bramek. Nasza drużyna, grając wśród najlepszych zespołów świata w grupie A, zepchnęła do grupy B drużynę USA, sama się w niej utrzymując. Bardzo udane dla mnie były też wspomniane przez Ciebie mistrzostwa z roku 1978, które rozegrano w Belgradzie. Zostałem tam wtedy królem strzelców i wybrano mnie do zespołu gwiazd. Z kolei bardzo niemiło wspominam mistrzostwa z roku 1976, które rozegrano w moich rodzinnych Katowicach. Musiałem je niestety oglądać z trybun lodowiska. Byłem wówczas zawieszony na 3 miesiące przez PZHL. Wyraziłem bowiem, wraz z kilkoma innymi zawodnikami, w dość mocnych słowach pogląd w pewnych sprawach pod adresem ówczesnych trenerów kadry. Do dzisiaj uważam, że to zawieszenie było nieuzasadnione i niesprawiedliwe. Po latach, gdy spotkałem się z jednym z tych szkoleniowców na lotnisku, to przyznał mi wtedy rację, że tak na prawdę to zawodnicy nie byli winni w tym sporze.


Tadeusz Obłój (sezon 1972/1973)

 
J.B.: Broniłeś aż 152 razy barw naszego kraju. Wynika więc z tego, że gra w reprezentacji Polski była dla Ciebie czymś niezwykle ważnym. Było tak rzeczywiście?

T.O.: Oczywiście , że tak było. Do dzisiaj największym zaszczytem było dla mnie reprezentowanie kraju. My nie graliśmy w tamtych czasach dla pieniędzy. Broniliśmy honoru ojczyzny. Kwestie finansowe nie liczyły się wtedy tak, jak to jest dzisiaj. Wiem o tym, że bardzo wielu młodych zawodników potrafi odmawiać gry w kadrze z bardzo błahego powodu. Nasze gratyfikacje finansowe były bardzo minimalne. Za wynik osiągnięty z reprezentacją Polski podczas mistrzostw świata w Belgradzie, czyli awans do grupy A, otrzymałem od PZHL w kopercie 75 dolarów. Musiałem po odbiór pojechać do Warszawy. Słynny producent znakomitych kijów hokejowych Bronisław Smoleń sprezentował mi wówczas, jako dodatkową premię, 100 kijów. Przywiózł mi je osobiście do Katowic. Po ich spieniężeniu uzbierała się dodatkowa kwota.
 
J.B.: Skoro mówiliśmy tyle o strzelonych przez Ciebie bramkach, to czy jesteś w stanie opowiedzieć o takiej, która utkwiła Ci szczególnie w pamięci?

T.O.: Takich bramek było wiele, ale o jednej z nich krótko opowiem. Było to na moich pierwszych Igrzyskach Olimpijskich w japońskim Sapporo w 1972 roku. Graliśmy przeciwko USA. Mecz co prawda przegraliśmy wysoko 6:1, ale strzeliłem amerykańskiemu bramkarzowi, który został wybrany najlepszym zawodnikiem na tej pozycji, tę właśnie jedyną bramkę. Strzał w samo okienko był tak precyzyjny i silny, że krążek odbity od wewnętrznej strony bramki natychmiast wyleciał ponownie na lodowisko prawie aż pod niebieską linię. Sędzia stwierdził, że bramki nie było. Dopiero po interwencji amerykańskiego bramkarza, który przyznał, że bramka rzeczywiście była, została ona uznana. Wtedy nie było niestety powtórek na wideo. Szkoda, bo gdyby ktoś tę bramkę wtedy nagrał, to ja mógłbym ją sobie teraz z wielką przyjemnością ponownie obejrzeć.


Od lewej: Jan Piecko, Leszek Tokarz., Tadeusz Obłój (1978r.)

 
J.B.: Ta olimpiada nie była Twoją jedyną. W sumie byłeś na trzech igrzyskach. Które z nich wspominasz najmilej?

T.O.: Miałem wielką przyjemność reprezentować nasz kraj na wspomnianej już olimpiadzie w Sapporo w 1972 roku, w Innsbrucku w 1976 oraz w Lake Placid w 1980 roku. Zdecydowanie najbardziej wspominam olimpiadę w Sapporo. Przede wszystkim pod względem organizacyjnym. Panowała wspaniała atmosfera. Japończycy wykazali się niezwykłą gościnnością. Pod względem sportowym też nie wypadliśmy aż tak źle. Pokonaliśmy w fazie eliminacyjnej, bo taka wtedy była, naszego odwiecznego rywala zza miedzy, drużynę niemiecką 4:0. Zespół ten musiał po tym meczu wrócić do domu.
 
J.B.: Czy utrzymujesz jakieś stałe kontakty ze swoimi byłymi kolegami z lodowiska?

T.O.: Tak się jakoś złożyło, że stałych kontaktów nie utrzymuję. Są to raczej kontakty sporadyczne. Na terenie Niemiec spotkałem się kiedyś z Leszkiem Kokoszką, Heńkiem Gruthem. Również w Niemczech ,tak jak ja, zamieszkują moi koledzy z ataku z Baildonu Katowice, Jasiu Piecko i Karol Zurek. Gdy bywam w Polsce, to widuję się z Wieśkiem Jobczykiem i Andrzejem Zabawą oraz Józkiem Chrząstkiem.
 
J.B.: Jak długo mieszkasz w Niemczech?

T.O.: Jestem w Niemczech, wraz z małżonką Krystyną i synem Dariuszem, od 1986 roku. Wyjechałem jako hokeista na kontrakt. Grałem najpierw przez dwa lata. Potem przedłużyli mi jeszcze na rok. Po zakończeniu kariery stanąłem przed dylematem, czy wracać wraz z rodziną do kraju, czy nie. Mimo że miałem ukończony AWF w Katowicach, a żona inną uczelnię, postanowiliśmy wspólnie, że będziemy budować swoją przyszłość, także i zawodową, w Niemczech. Poprzez to, że ukończyłem różnego rodzaju kursy, zdobyłem odpowiednią licencję, tak zwaną B, mam uprawnienia trenerskie. Mimo upływu 20 lat nadal jesteśmy na paszportach polskich, z prawem stałego pobytu. O przyjęciu papierów niemieckich nigdy nie myśleliśmy.
 
J.B.: Jakie drużyny trenowałeś do tej pory?

T.O.: Były to drużyny tak zwanej Oberligi , 2 ligi niemieckiej oraz juniorów do lat 21. Największe moje osiągnięcia trenerskie to pierwsze miejsce drużyny U-21 Joung Roosters Iserlohn w sezonie 2002/2003 w Niemczech. Z kolei, w sezonie 2003/2004 pierwsze miejsce juniorów w landzie Nordrhein-Westfalen oraz czwarte miejsce w Niemczech.


Olimpiada w Lake Placid (1980r.) – Tadeusz Obłój stoi pierwszy z prawej

 
J.B.: Łatwo można obliczyć, że trenowaniem zajmujesz się już od 20 lat. Nie chciałbyś zaoferować swojej wiedzy trenerskiej w jakimś polskim ligowym klubie?

T.O.: Oczywiście, że chciałbym. Żeby jednak doszło do finalizacji czegoś takiego, to musi najpierw dojść do pewnych rozmów na ten temat. Jeżeli ktoś by się do mnie zgłosił w takiej właśnie sprawie, to wyrażam tutaj pełną gotowość.
 
J.B.: Interesujesz się na co dzień polską ligą?

T.O.: Trudno się nią nie interesować, skoro grałem w niej przez tyle lat. Jestem na bieżąco z wynikami, układem tabeli. Najszybszym środkiem ku temu jest dla mnie Internet.
 
J.B.: Jakie miałbyś propozycje zmian, aby podnieść poziom hokeja zarówno ligowego, jak i także naszej narodowej reprezentacji?

T.O.: Mówiąc w takim najogólniejszym skrócie, to proponowałbym zacząć od odpowiedniej pracy z młodzieżą. Podczas pracy z nią na etacie powinno być zatrudnionych czterech trenerów. Jeden specjalnie od bramkarzy, drugi od obrońców, trzeci od napastników, a czwarty to trener główny. Idealnym rozwiązaniem byłoby, gdyby taki sam układ trenerski był też w zespole seniorów. Poza tym, bardzo ważnym czynnikiem jest jak największa liczba międzynarodowych kontaktów z silnymi przeciwnikami. Takich na świecie nie brakuje.
 
J.B.: Niedawno zakończył karierę sportową Mariusz Czerkawski, najlepszy hokeista w historii polskiego hokeja. Co sądzisz o jego decyzji?

T.O.: Jest to jego decyzja. Skoro wybrał taki moment, to znaczy, że czuł, że tak właśnie ma postąpić. Trzeba to zaakceptować. Jest z pewnością w jakimś stopniu na tyle niezależny finansowo, że nie musi się za bardzo martwić o jutro. Dobrze, że urodził się o ponad dwadzieścia lat później ode mnie. Miał więcej szans na to, żeby rozwinąć swój wielki talent za granicą. Za moich czasów też robiono podczas naszych pobytów za granicą różnego rodzaju podchody w stosunku do wybijających się zawodników. Tak było na przykład, gdy graliśmy jako kadra kraju na turnieju w kanadyjskim Calgary. W trakcie takich wyjazdów nasze paszporty miał zawsze kierownik drużyny. W ten sposób zabezpieczano się przed ewentualnym zostaniem jakiegoś zawodnika za granicą. Gdy ktoś chciał to zrobić, to mógł to rzecz jasna uczynić. Musiał jednak być świadomy tego, że odcina sobie, za to „nielegalne pozostanie poza granicami kraju ”, na wiele lat drogę do normalnego, niegrożącego żadnymi prawnymi konsekwencjami, powrotu do ojczyzny, do rodziny. Dzisiaj młodzi ludzie w ogóle nie wiedzą, że tak kiedyś było. Z powyższych powodów przeważająca większość zawodników wracała do kraju. Tylko bardzo nieliczni decydowali się na pozostanie za granicą. Do nich należeli Czesław Panek z Bydgoszczy czy katowiczanie Mirosław Sikora, Andrzej Małysiak, Henryk Jaworowski, Manfred Prudło, Henryk Buk.


Od lewej: Tadeusz Obłój , Konrad Żurek, Feliks Góralczyk (sezon 1969/1970)

 
J.B.: Jak wiem, masz syna. Nie gra on jednak w hokeja?

T.O.: Darek ma w tej chwili 28 lat. W hokeja nie gra, ale uprawiał kiedyś boks tajski. Skończył studia ekonomiczne. Obecnie kontynuuje studia podyplomowe. Często wyjeżdża służbowo do Polski. Gdy kiedyś był w Łodzi, zapytano go, czy grałem kiedyś ze znakomitym łódzkim hokeistą Krzysztofem Białynickim. Rzeczywiście, tak było. Było to bardzo miłe, zarówno dla mnie, jak i dla niego, że ktoś o mnie jeszcze pamięta.
 
J.B.: Czy planujesz kiedyś wrócić na stałe do Polski?

T.O.: Rodzice zarówno mojej żony, jak i moi już niestety nie żyją. Patrząc więc pod tym kątem, to do Polski jeździmy właściwie tylko na Święto Zmarłych. Niezależnie jednak od tego faktu, sama decyzja w tym względzie nie jest taka prosta. Na chwilę obecną takich planów nie mamy. Jednakże całkowicie czegoś takiego nie wykluczamy.
 
J.B.: Dziękuję bardzo za rozmowę.

T.O.: Ja też bardzo dziękuję i pozdrawiam wszystkich Czytelników „Magazynu Hokej”.

 
Rozmawiał: Janusz Bąkowski

 
Artykuł ukazał się w Magazynie Hokej Nr 11 (11) listopad 2008

 

Share

Komentarze wyłączone.


hermes kelly hermes Outlet hermes Store hermes birkin Gucci bags Hermes Kelly chanel classic flap hermes birkin cheap Louis Vuitton