Smutne twarze towarzyszy!
Rozmowa z Henrykiem Gruthem, byłym 284-krotnym reprezentantem Polski w hokeju na lodzie, czterokrotnym uczestnikiem zimowych olimpiad, dwukrotnym chorążym polskiej ekipy olimpijskiej. Obecnie jest trenerem w szwajcarskim Zurychu. Jego nazwisko jest do tej pory bardzo często wymieniane wśród kibiców hokeja na lodzie. Zarówno tych ze starszej generacji, jak i tych z młodszej
Janusz Bąkowski odwiedził Henryka Grutha w szwajcarskim Kloten koło Zurychu. Razem powspominali wspaniałą hokejową karierę HenrykaJanusz Bąkowski: Z którymi miastami w Polsce, w których grałeś (oczywiście poza rodzinnym Śląskiem, skąd pochodzisz), wiążą się Twoje najmilsze wspomnienia?
Henryk Gruth: Do tych miast zaliczyłbym w pierwszej kolejności Toruń i Bydgoszcz. Bardzo mile wspominam nasze mecze ligowe rozgrywane wieczorem w soboty i niedziele – bo taki był kiedyś właśnie system rozgrywek ligowych – na zmianę z Pomorzaninem Toruń i z Polonią Bydgoszcz. Były to zawsze spotkania o wielką stawkę i na solidnym poziomie, rozgrywane w sympatycznej atmosferze. Zwłaszcza publiczność w Toruniu ceniłem za obiektywny, kulturalny doping. Bardzo lubię to miasto i chętnie do niego wracam. Przed meczem lub po meczu spotykaliśmy się z miejscowymi zawodnikami. Paradoksalnie właśnie z kolegami z Pomorza przyjaźniłem się często bardziej niż z kolegami ze Śląska.
J.B: Pamiętasz do tej pory konkretne nazwiska?
H.G: Tak, oczywiście. Z tych wymienionych przeze mnie miast pochodzą zresztą nie tylko moi dobrzy koledzy czy przyjaciele, ale także zawodnicy, którzy w latach siedemdziesiątych, gdy zaczynałem grę w hokeja byli dla mnie pierwszymi nauczycielami tego rzemiosła. Torunianie, Ludwik Czachowski czy Bogdan Wawrzyński stanowili dla mnie prawdziwe wzorce. Wówczas to był na prawdę wielki sport, w wielkim wydaniu. Nikt nie pytał za ile gramy. Liczyło się przede wszystkim sportowe zwycięstwo. Można powiedzieć, że wtedy sport był zdrowy. Wracając do kolegów czy przyjaciół to do tej pory przyjaźnię się z bydgoszczaninem Zbyszkiem Kurczewskim, zamieszkałym obecnie w Szwecji. Z innym bydgoszczaninem, Marianem Fetterem, wielokrotnym reprezentantem Polski, olimpijczykiem, obecnie zamieszkałym także w Szwecji, spotkałem się na Mistrzostwach Polski Oldboyów w hokeju na lodzie. Inni bliscy mi zawodnicy toruńscy to Andrzej Masewicz, Marek Kasprzak czy bracia Fraszko, łącznie z Adamem, którego obecne problemy znam i go serdecznie przy tej okazji pozdrawiam.
J.B: Byłeś znakomitym lewym obrońcą. Według wielu fachowców, w sposób niepodważalny, najlepszym w historii polskiego hokeja. Strzelałeś przy tym jak na obrońcę, sporo bramek. W ciągu 22 sezonów w polskiej lidze było ich aż 134, w drużynie reprezentacji Polski z kolei strzeliłeś 54 gole. Skąd u Ciebie te zdolności strzeleckie?
H.G: Może wzięło się to stąd, że na samym początku mojej kariery grałem jako napastnik. W młodzikach byłem nawet królem strzelców. Pewnego dnia trener Stanisław Gawliczek przesunął mnie na obronę, bo reszta zawodników była chora na grypę. Obrońcą zostałem więc, można tak powiedzieć, przez czysty przypadek. Ofensywny styl gry został mi jednak nadal we krwi. Te właśnie nabyte umiejętności strzeleckie udało mi się później, już jako obrońca, bardzo często skutecznie wykorzystywać.
J.B: W swojej bogatej karierze byłeś wielokrotnie nagradzany. Wręczono Ci między innymi dwukrotnie Złoty Kij redakcji katowickiego „Sportu” dla najlepszego hokeisty kraju. Grałeś w kilku klubach. Były to GKS Katowice, GKS Tychy oraz szwajcarski HSC Zurych. Grę w którym z wymienionych tutaj klubów wspominasz do tej pory najlepiej?
H.G: W zasadzie to w każdym z nich czułem się dobrze. Nie wyróżniałbym żadnego z nich w jakiś szczególny sposób. Mógłbym bowiem w ten sposób skrzywdzić niesprawiedliwie inny klub, który się o mnie należycie starał i dbał. Za moich czasów istniało coś takiego jak przywiązanie do barw klubowych. Wtedy nie zmieniało się tak często klubów, jak robi się to dzisiaj, czyli jak przysłowiowe rękawiczki. Za moich czasów zawodnicy najczęściej zaczynali karierę w jednym klubie i ją po kilkunastu latach w tym samym klubie kończyli. Dzisiaj coś takiego jest po prostu niewyobrażalne. Byłem wychowankiem GKS-u Katowice, gdzie grałem przez 10 lat. Gdy spadliśmy jednak do drugiej ligi, aby móc się dalej prawidłowo rozwijać i grać w reprezentacji Polski przeszedłem do GKS-u Tychy, gdzie tworzono właśnie młody, dobry zespół. Po spędzeniu w nim pięciu sezonów, w wieku 28 lat wyjechałem do Szwajcarii. Zacząłem grać w HSC Zurych. W tamtych latach, a był to rok 1985, bardzo ciężko było uzyskać zgodę na wyjazd i na grę w klubie zagranicznym. Wymagało to wiele różnych podpisów od odpowiednich ówczesnych władz sportu. Takie zezwolenie udało mi się w końcu po bardzo żmudnych zabiegach uzyskać. Jednakże widząc to wszystko od strony czysto sportowej, to można śmiało powiedzieć, że byłem już wówczas, w momencie mojego wyjazdu do Szwajcarii, półinwalidą. Miałem bowiem za sobą zarówno operację barku, jak i nadgarstka.
J.B: Co spowodowało, że wybrałeś właśnie Szwajcarię, dlaczego zdecydowałeś się na grę w HSC Zurych?
H.G: Zrobiłem przed tym oczywiście odpowiednie rozeznanie. Doszedłem do bardzo prostego wniosku, że już wtedy panowały tam całkowicie inne realia niż w naszym kraju. Szwajcaria była i jest do dzisiaj krajem o bardzo wysokim poziomie rozwoju. Dotyczy to bardzo wielu dziedzin życia, w tym także oczywiście sportu. Zwłaszcza wtedy różniliśmy się bardzo znacząco na przykład w zakresie odżywiania się sportowców, czy w możliwościach lub metodach treningowych. Istniał też inny aspekt tej sprawy. Było bowiem tak, że kluby szwajcarskie szukały zawodników stosunkowo niedrogich przy zakupie, ale jednocześnie dobrze grających. W ten właśnie o to sposób, można powiedzieć, że oboje trafiliśmy na siebie. Klub na mnie, a ja na klub.
J.B: Osiągnąłeś imponujący wynik pod względem gry w reprezentacji Polski, w której zagrałeś aż 284 razy, co stanowi do dzisiaj absolutny rekord w historii polskiego hokeja na lodzie. Przez dwanaście lat, od roku 1982 do 1994, byłeś kapitanem reprezentacji Polski. Brałeś także aż czterokrotnie udział w zimowych olimpiadach. Takich sportowców – olimpijczyków, którzy mają za sobą tyle olimpiad co Ty, było do tej pory w Polsce tylko pięciu. Które z tych igrzysk olimpijskich utkwiły Ci najbardziej w pamięci?
H.G: Gdy chodzi o igrzyska olimpijskie to chciałbym przy tej okazji powiedzieć o tym, że niewiele brakowało, abym zastał nie cztero, ale pięciokrotnym olimpijczykiem. Tak się jednak niefortunnie dla mnie złożyło, że w roku 1976, na tydzień przed wyjazdem ekipy olimpijskiej do Insbrucku, do której to byłem powołany, podczas gry nie w hokeja, ale w koszykówkę doznałem kontuzji – skręcenia kolana. Byłem wtedy, jako dziewiętnastolatek, najmłodszym wśród hokeistów członkiem olimpijskiej kadry. Ten fakt, że na tę olimpiadą nie pojechałem, był dla mnie dramatem, który bardzo mocno przeżyłem. Na pierwszą swoją olimpiadę pojechałem w 1980 roku do Lake Placid. Chciałbym powiedzieć zwłaszcza młodym sportowcom, że dla takich właśnie chwil warto trenować, warto się poświęcić. To piękne, radosne, sportowe przeżycie. Z kolei olimpiada w Calgary w 1988 roku była moim zdaniem ostatnią olimpiadą, podczas której nie było jeszcze tej tak zwanej wielkiej polityki. Nie było tak ogromnego nacisku na wynik sportowy. Dominowała normalna rywalizacja sportowa. To, co myśmy wtedy przeżywali, było moim zdaniem o wiele głębsze, niż to co mogą teraz przeżyć młodzi sportowcy. Jeżeli ja w dzisiejszych czasach słyszę, jak ktoś mówi, że nie idzie na trening, bo mu nie płacą, to taki ktoś powinien od razu zdać sprzęt! U takiego człowieka nigdy nie będzie na pierwszym miejscu wygranie jakiegoś meczu. Tak samo jest z grą w reprezentacji Polski. Kiedyś nie odmawiało się gry w kadrze kraju. To był dla wszystkich zawsze wielki zaszczyt. Dzisiaj odmawia się takiej gry z byle powodu, często szukając bardzo błahych i nie raz wręcz ośmieszających danego zawodnika zwykłych wymówek.
J.B: Skoro już jesteśmy przy zawodach dużej rangi, to nie da się tu pominąć słynnego meczu Polska – Związek Radziecki, rozegranego w 1976 roku podczas Mistrzostw Świata grupy A w Katowicach. Nasza reprezentacja odniosła wtedy sensacyjne zwycięstwo w stosunku 6:4. Byłeś właśnie wtedy debiutantem?
H.G: Tak, to były rzeczywiście moje początki gry w reprezentacji Polski. Oficjanie zadebiutowałem jednak dwa lata wcześniej, czyli w 1974, u boku takich znakomitości jak Wiesław Jobczyk i Andrzej Zabawa. Z tego powodu, że pochodziłem ze Śląska, starsi zawodnicy przezwali mnie „pyrlk”. Mam do nich do tej pory wielki szacunek. Starali się o mnie bardzo, pokazywali dobre wzorce, chcieli mnie dobrze wychować. Wspominam te czasy bardzo miło. Wtedy przechodziło się tak zwany chrzest bojowy, polegający na otrzymywaniu dość silnych klapsów na tylną część ciała. Ci najmłodsi zawodnicy nosili starszym sprzęt, krążki czy kije. Takie były wtedy zwyczaje, które nie zacierają mi ogólne bardzo miłych wspomnień.
J.B: Co pamiętasz jeszcze z tamtego meczu – czy to zwycięstwo nad towarzyszami radzieckimi, tak zwanym wielkim bratem, nie było wtedy traktowane jako wielki polityczny nietakt?
H.G: Takiego meczu stulecia nie zapomina się do końca życia. Ja podczas niego wyjechałem na lód tylko dwa razy. Musiałem zastąpić kontuzjowanego, starszego kolegę, Kordiana Jajszczoka. Nie dotknąłem jednak ani razu krążka. Uciekałem szybko z powrotem do naszego boksu, ze strachu, że jak przydarzy mi się nieopatrznie jakiś błąd, to starsi zawodnicy mi tego nie darują. Ten wspaniały rezultat (6-4) udało nam się, po heroicznym boju, utrzymać do końca. Tak właściwie to do końca nie byliśmy w stanie w to uwierzyć, że jest to prawdą. Pamiętam jak jechaliśmy po tym meczu do Sosnowca do hotelu „Novotel”, na kolację. Do tego celu była przeznaczona wspólna sala. Zawodnicy ze Związku Radzieckiego w ogóle ze sobą nie rozmawiali. Mieli blade, smutne twarze. Przy naszym stole było odwrotnie, panowała eksplozja radości. Kapitan reprezentacji Czechosłowacji, Pospiszil czekał na nas z dużym bukietem kwiatów oraz szampanami. Ten wygrany mecz był pierwszym meczem w całym turnieju. Jednak później okazało się, że te odebrane punkty drużynie ZSSR, dały w efekcie końcowym tytuł Mistrza Świata drużynie Czechosłowacji. Do recepcji hotelu nadeszło około 200 telegramów. Cała Polska, nie tylko sportowa, cieszyła się z tego ogromnie prestiżowego sukcesu. Pamiętam jak trudno nam było wtedy i ze zmęczenia i z wrażenia zasnąć. O ten słynny już mecz pytają mnie jeszcze do tej pory ekipy innych państw, gdy spotykamy się przy okazji międzynarodowych spotkań lub Mistrzostw Świata. Czy był to wtedy polityczny nietakt, to jest mi trudno na to pytanie odpowiedzieć. Byłem wówczas chyba zbyt młody na to, aby móc pewne sprawy, zwłaszcza pod kątem politycznym odpowiednio ocenić.
J.B: Jako jedyny Polski hokeista dostąpiłeś niebywałego zaszczytu, jakim jest obecność w galerii sław Międzynarodowej Federacji Hokeja na Lodzie (IIHF Hall of Fame – przyp. red.) w kanadyjskim Toronto. Czym jest dla Ciebie to bardzo prestiżowe wyróżnienie ?
H.G: Jest z pewnością czymś bardzo ważnym w moim sportowym życiu. Wręczono mi je podczas mistrzostw świata w Rydze w 2006 roku. Wówczas powiedziałem to samo, co podtrzymuję do dzisiaj, że to uhonorowanie mojej osoby traktuję bardziej jako symbol dla całego mojego pokolenia, za wkład wniesiony do hokeja, niż indywidualnie dla mnie. Na mnie wypadło chyba dlatego, że miałem na koncie 284 występy w reprezentacji kraju oraz brałem udział w 4 olimpiadach. Staram się jednak tego, niewątpliwie bardzo cieszącego, wyróżnienia aż tak bardzo nie przeceniać.
J.B: W latach 1994-1996 byłeś asystentem trenera kadry Polski Władimira Safonowa. Od tego czasu już Cię w tej roli więcej nie było. Czy interesowałby Cię powrót do roli szkoleniowca reprezentacji?
H.G: Wyjechałem z kraju w 1996 roku bardzo zbulwersowany. Uważałem bowiem, że zasłużyłem na inne traktowanie, niż na to co ze mną zrobiono. Będąc asystentem trenera dostawałem za każdy dzień pobytu z kadrą 23,50 złotych i to jeszcze brutto! Przy tej darmowej stawce miałem jednak swoją ambicję i po dwóch latach zrezygnowałem. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że na zachodzie byłem lepiej traktowany, niż we własnej ojczyźnie. Boli mnie to niestety aż do chwili obecnej. Jestem mimo tego przygotowany do objęcia roli trenera, ale boję się, że dzisiaj mógłbym zostać potraktowany podobnie jak kiedyś.
J.B: Poziom naszego krajowego hokeja na lodzie, zarówno tego ligowego jak i tego na szczeblu reprezentacji kraju w zasadzie od lat stoi w tym samym miejscu. Jaką masz receptę dla znacznego podniesienia jego poziomu?
H.G: Jest to z pewnością bardzo złożony problem. Posługując się tutaj tylko pewnymi ogólnymi spostrzeżeniami powiem, że moim zdaniem musimy grać stanowczo więcej z zagranicznymi przeciwnikami. Oprócz intensywnego szkolenia kadry trenerów, przy użyciu najnowocześniejszych metod. Należy mieć też oczywiście stały kontakt z tym co się dzieje w świecie hokejowym. Chodzi tu rzecz jasna o świat, o najwyższym poziomie hokejowego rozwoju. Należy zbudować silną reprezentację kraju. Myśmy jako kadra Polski, przed laty, mieli możliwość rozegrania 30 do nawet 50 meczów w ciągu roku. Teraz kadra gra zaledwie kilka spotkań i to z reguły przed samymi Mistrzostwami Świata. To jest stanowczo za mało i to trzeba we właściwy sposób umieć zmienić.
J.B: Wspomniałeś o szkoleniu. Do tej pory odbyła się w Tychach jedna i jak dotąd jedyna konsultacja dla trenerów, którą prowadziłeś wspólnie z Mariuszem Czerkawskim. Czy są przewidziane następne?
H.G: Początkowo planowaliśmy z Mariuszem Czerkawskim zorganizować dwie takie konsultacje w ciągu roku. Chciałem zapraszać na nie regularnie bardzo dobrych trenerów ze Szwecji czy Finlandii, których znam osobiście i którzy pracują na co dzień w szwajcarskich klubach. W tym wszystkim jest jednak jeden zasadniczy problem. Mianowicie trenerzy Ci po zakończeniu sezonu wyjeżdżają na krótko do swoich rodzin i potem znowu wracają do pracy do swych klubów. Aby zaprosić ich do Tychów na takie konsultacje, trzeba by zgrać dogodne i wszystkim pasujące terminy. O to jest niestety bardzo trudno.
Henryk Gruth z Mariuszem CzerkawskimJ.B: Jesteś absolwentem Akademii Wychowania Fizycznego, od lat trenerem w Lions Zurych. Czy mógłbyś przybliżyć ostatnie swoje osiągnięcia ze swoja drużyną?
H.G: Pełna nazwa klubu, a właściwie nazwa największej organizacji sportowej w całej Szwajcarii, w której jestem zatrudniony jako trener brzmi ZSC / GCK Lions Zurych. W zakończonym sezonie nastąpiła powtórka finału z zeszłego sezonu czyli mecze z drużyną z Berna. Ostatni, piąty i decydujący o zwycięstwie mecz wygrała moja drużyna i w ten sposób zostaliśmy mistrzem Szwajcarii juniorów młodszych i starszych drugi raz z rzędu. Powiem tu przy okazji, że nie jest tak łatwo zmotywować młodzież do odpowiedniego i ciężkiego treningu w kraju, gdzie młodzi ludzie mają prawie wszystko na tak zwane wyciągnięcie ręki.
J.B: W Zurychu nie jesteś całkowicie osamotniony. Masz blisko siebie Mariusza Czerkawskiego, który gra w niedalekim Jona-Lakers Rapperswil oraz Darka Wieczorka, który mieszka też w Zurychu i trenuje młodych bramkarzy.
Mówi się, że stanowicie bardzo zgrany klan tyszan. Widujecie się często?
H.G: Całą naszą trójkę łączy faktycznie to, że w swojej przeszłości byliśmy zawodnikami GKS-u Tychy. Myślę, że jest w tym dużo racji, iż stanowimy zgrany tercet. Staramy się spotykać wspólnie, jak tylko to możliwe. Wszystko zależy jednak od naszego wolnego czasu, a tego każdy z nas nie ma niestety za dużo. Gdy już jednak do tego dojdzie, to najczęściej spożywamy wyśmienite potrawy przyrządzane przez Darka Wieczorka. Jest on bowiem nie tylko świetnym fachowcem, gdy chodzi o szkolenie bramkarzy, ale także wyśmienicie gotuje. Nie ma potrawy, której nie potrafiłby doskonale ugotować lub przyrządzić. Spod jego ręki wyszło dwóch młodych bramkarzy, którzy występują w reprezentacji Szwajcarii. Został on także zaproszony do współpracy ze szwajcarskim związkiem hokejowym. Naszym ulubionym, wspólnym tematem jest jak zwykle ukochany hokej na lodzie. Darek będzie tutaj, w nadchodzącym sezonie, nadal trenerem. Nie wiadomo jednak, co będzie z karierą zawodniczą Mariusza. On ciągle nie podjął końcowej decyzji, czy przedłuży kontrakt z Jona-Lakers Rapperswil czy też nie przedłuży i zawiesi łyżwy na przysłowiowym kołku. Mam głęboką nadzieję, że jednak tak nie będzie.
J.B: Wiem, że miałeś kiedyś przelotną przygodę z polityką. Na czym ona dokładnie polegała?
H.G: Byłem w Tychach wybrany na radnego. W miarę upływu czasu stwierdziłem jednak, że ze mnie to żaden polityk, że nie potrafię bić się łokciami o swoje. Po prostu się do tego nie nadaję. Przeprosiłem wobec powyższego swoich wyborców i zdałem mandat po roku czasu.
J.B: Masz trójkę dzieci. Dwie córki – Katarzynę, Annę oraz syna Jakuba. Czy on też gra w hokeja?
H.G: Niestety nie gra. Wybrał inną dyscyplinę sportu – koszykówkę. Ma w tej chwili 17 lat i zdobył ze swoją drużyną podczas rozgrywanych w Sopocie mistrzostw Polski juniorów brązowy medal. Być może odziedziczył talent po mojej żonie, czyli swojej mamie, która była kiedyś koszykarką. Moja najstarsza córka skończyła fizykoterapię na AWF i ma obecnie praktykę w Szwajcarii. Młodsza córka studiuje psychologię.
J.B: Dziękuję Ci bardzo za przemiłą rozmowę.
H.G: Ja również bardzo Ci dziękuję i pozdrawiam bardzo serdecznie wszystkich kibiców hokeja na lodzie w naszym kraju.
Rozmawiał Janusz Bąkowski
Artykuł ukazał się w Magazynie Hokej Nr 7 (08) lipiec 2008








Dymisja, którą w piątek zapowiedział prezes MMKS Podhale Nowy Targ, to kolejne dramatyczne wołanie o ratunek dla klubu 19-krotnego mistrza Polski. Nowy Targ bez hokeja? To naprawdę coraz bardziej realny scenariusz. Więcej na stronach
Kilka miesięcy walki o to by hokejowy klub wystartował w lidze nie dały rezultatu. - Jestem zdruzgotany - przyznaje prezes Janusz Grycner. Więcej na stronach katowickiej
Kolejny absurd w hokeju. Wciąż nie wiadomo, ile zespołów będzie brało udział w rozpoczynających się w sobotę rozgrywkach pierwszej ligi. Więcej na stronach katowickiej
Gwoździem wczorajszej prezentacji drużyny hokejowego Zagłębia Sosnowiec okazała się informacja o pozyskaniu nowego sponsora. Jest nim Energysteel, spółka należąca do dr. Piotra Hałasika. Więcej na stronach Portalu
Drużyny z Janowa nie ma w terminarzu rozgrywek pierwszej ligi. Wszystko może się jeszcze zmienić. Więcej na stronach katowickiej 














